Był przekonany do końca swojego życia, że potrzebuje nawrócenia, że powinien pościć i pokutować za swoje grzechy. Ktoś powiedziałby o Franciszku z Asyżu: „co z niego za święty, skoro nigdy nie uważał się za doskonałego”.
Dziś taka opinia na temat samego bycia w Kościele zdaje się być coraz głośniejsza. Wielu uważa, że trzeba się całkowicie zmienić na lepsze i być nieskazitelnie doskonałym, by w końcu należeć do Kościoła. Święty Franciszek z Asyżu w drodze swojego nawracania się pokazuje, że jest zupełnie odwrotnie – słaby i grzeszny człowiek przychodzi do wspólnoty Kościoła, żeby świadomie przeżywać w niej drogę nawrócenia.
Zagrożenie i szansa
Młody Franciszek ma już za sobą próbę spełnienia marzenia, by zostać rycerzem. Wziął udział w bitwie z Perugią, która okazała się być w tej wojnie zwycięską. Jako przegrany mieszkaniec Asyżu trafia do rocznej niewoli i tam zaczyna się w jego życiu coś, co zdaje się być bliskie niejednemu współczesnemu człowiekowi – pytania o sens życia, o prawdziwe szczęście, co w tym życiu jest najważniejsze, czy w ogóle warto czymkolwiek się zajmować i przejmować.
Czy to depresja młodego Franciszka? Bycie rycerzem miało być dla niego okazją do sławy oraz poklasku. Czego mógł chcieć więcej ówczesny młody człowiek? To była jego szansa na bycie naprawdę szczęśliwym człowiekiem. Jednak jest inaczej – kryzys.
Dzisiaj św. Franciszek miałby wiele możliwości, by zwrócić się do stosownych specjalistów, by dać się zbadać, szukać wsparcia i pomocy. Nie znajdziemy w tekstach źródłowych nic o depresji, czy innym schorzeniu w sferze psychicznej, niemniej jednak pada słowo „choroba”. Pod tym słowem może kryć się wszystko, co przeżywał Franciszek tak w sferze fizycznej, jak i psychicznej oraz duchowej.
Trafnym słowem określającym jego stan ducha jest kryzys. Bynajmniej, nie chodzi tutaj tylko o kryzys wiary, ale w ogóle życia. Przecież do tej pory miał wszystko, czego tylko chciał. Prowadził dostatnie i hulaszcze życie. Czego więcej potrzeba młodemu człowiekowi?
Jest jednak coś, czego każdemu potrzeba. Człowiek chce wiedzieć, po co żyje, po co to wszystko, po co się uczyć i ciężko pracować, po co się męczyć i cierpieć, po co się troszczyć i dbać o życie swoje i innych. W końcu, fundamentalne pytanie egzystencjalne, po co ta ziemia i na niej właśnie my. Takie kwestie, wcześniej czy później, zaprowadzą ludzkie myśli do pytania o Boga i relację z Nim. W konfrontacji z tymi myślami, a w konsekwencji z Bogiem pojawia się kryzys przeżywany na rozmaite sposoby.
Ktoś, kto w tej chwili znajduje się w takim momencie życia, zapewne nie będzie jeszcze chciał się zgodzić, że właśnie zaczyna się coś pięknego w jego życiu. Bo jak się można z tym zgodzić, skoro przecież przeżywa się ogromną żałobę po stracie tego, co do tej pory uchodziło za dające szczęście? Taki kryzys to stanięcie w moralnym rozkroku. Z jednej strony tęsknota za tym, co mija, co tracę, czego może nawet już nie chcę, bo okazuje się być bezwartościowe, a z drugiej zaś strony oczekiwanie na coś nowego.
To oczekiwanie wiąże się z pewną tajemniczością. Nie ma się co dziwić, że pojawia się lęk przed nieznanym, a niekiedy nawet niechęć. Nie bez przyczyny ten moment nazywamy kryzysem. Świetnie ten stan oddaje słowo „kryzys” wyrażone po chińsku. Ono składa się z dwóch znaków, obrazków, czyli dwóch tzw. hanzi. Kryzys po chińsku to 危機. Pierwszy znak tłumaczy się jako niebezpieczeństwo i zagrożenie, drugi natomiast jako szansa. Jeden i drugi we wspólnym zestawieniu dają słowo „kryzys”.
„Odbuduj Mój Kościół, który popada w ruinę”
Taki stan ducha towarzyszy Franciszkowi z Asyżu. To jest droga poszukiwania, przemiany życia. Wchodzi do malutkiego kościółka na modlitwę i pytając Chrystusa: „Panie, co chcesz, abym Ci uczynił”, słyszy z krzyża: „Franciszku, odbuduj Mój Kościół, który popada w ruinę”.
Słysząc o ruinie, w którą popada Kościół przywykliśmy do natychmiastowego skierowania myśli na instytucję, w której pojawiają się „pęknięcia” nazywane zgorszeniami. Przywykliśmy upatrywać ową ruinę Kościoła w niemoralności duchownych i wszystkich piastujących kościelne urzędy.
Zgłębiając drogę dalszego życia św. Franciszka, które jest swoistym wypełnieniem polecenia odbudowania Kościoła, widoczne jest prawdziwe znaczenie „ruiny Kościoła”. To jest właśnie fenomen duchowości Franciszka – zawołanie Chrystusa z krzyża stało się programem jego życia, a w tym programie ważnym punktem jest zdefiniowanie „ruiny Kościoła” przy wskazaniu na swój stan ducha.
To nie były dobre czasy dla Kościoła i można byłoby dodać, czy w ogóle któreś czasy były dobre – jeśli chcielibyśmy pozostać w obszarze zgorszeń i pewnych błędów pełniących jakiekolwiek urzędy w Kościele. Franciszek idzie do papieża, ale nie mówi wskazując na niego palcem: „Ruina”. Idzie do biskupa i podobnie, nie wskazuje na niego palcem mówiąc „Ruina”. Idzie do wiernych Kościoła i nie krzyczy do nich „Ruina”. Potrzebował właśnie łaski kryzysu, żeby spojrzeć na siebie i powiedzieć o sobie: „Ruina”.
Ta konkretnie określona ruina stała się czymś, co go w tym momencie opisuje. Ta sytuacja i to, co w tym momencie czuł pozwala mu zrozumieć Kościół. „Odbuduj mój Kościół” znaczy wejść w głąb siebie, nazwać zastany stan po imieniu i właśnie takim prawdziwym stanąć przed Panem, który jest niedoścignionym wizerunkiem doskonałości i świętości Kościoła.