P. Bożemski  nie chce, żeby służba kończyła się wraz z zamknięciem drzwi zakrystii. Włożenie stroju liturgicznego nie powinno oznaczać zakładania na chwilę innej twarzy. Ministrantem się jest przy ołtarzu i w codzienności.

Ceremoniarz z TikToka: liturgia nie jest moja

fot. Dominikański Ośrodek Liturgiczny

P. Bożemski nie chce, żeby służba kończyła się wraz z zamknięciem drzwi zakrystii. Włożenie stroju liturgicznego nie powinno oznaczać zakładania na chwilę innej twarzy. Ministrantem się jest przy ołtarzu i w codzienności.

Pokazuje zakrystię od kuchni, tłumaczy znaczenie liturgicznych przedmiotów i przekonuje, że ministrantura to znacznie więcej niż podawanie ampułek. Patryk Bożemski, znany jako Ceremoniarz z TikToka, mówi jednak również o pokusie perfekcjonizmu, Mszach, podczas których trudno mu było się modlić, i odkryciu, że troska o liturgię zaczyna się od uznania, do kogo ona należy.

Dziesięć minut przed rozpoczęciem uroczystości w zakrystii potrafi wydarzyć się wszystko naraz. Ktoś wpada spóźniony i pyta, czy została jeszcze dla niego jakaś funkcja. Ktoś sprawdza przygotowane naczynia, choć przed chwilą zrobił to już ktoś inny. Trzeba upewnić się, że świece się palą, niczego nie brakuje, a wszyscy wiedzą, gdzie mają stanąć i co za chwilę zrobić.

Patryk Bożemski nazywa to z uśmiechem „liturgicznym chaosem”. W takich chwilach jego podstawowym zadaniem jest wprowadzenie spokoju. – Bo w chaosie tego nie ogarniemy. To jest pewniak – mówi.

Jako ceremoniarz musi dopilnować przygotowań, a później czuwać nad przebiegiem liturgii. Zna przepisy, rozdziela zadania, przewiduje trudności. Wie jednak także, że nawet najlepsze przygotowanie nie daje pełnej kontroli nad tym, co się wydarzy. I że pragnienie, by wszystko wyszło idealnie, może czasem przesłonić to, po co w ogóle przyszedł do kościoła.

IMG_2739.jpegfot. archiwum prywatne
Patryk prowadzi wykłady podczas m.in. wrocławskiego Forum Liturgicznego.

P. Bożemski jest teologiem, katechetą i ceremoniarzem związanym z wrocławską katedrą. Ukończył Papieski Wydział Teologiczny, a pracę dyplomową poświęcił liturgice. Angażuje się w formację służby liturgicznej i spotkania poświęcone liturgii, m.in. wrocławskie Forum Liturgiczne. W internecie przybliża tę samą rzeczywistość ludziom, którzy często widzą ją wyłącznie z kościelnej ławki.

Czeka na to cały rok

Ministrantem został w wieku dwunastu lat. Nie potrafi wskazać konkretnego dnia, w którym służba przy ołtarzu przestała być przede wszystkim wykonywaniem obowiązków, a stała się osobistym doświadczeniem wiary. Potrafi jednak nazwać czas, z którym wiąże tę przemianę: Triduum Paschalne.

To wtedy ministrant szczególnie mocno uczestniczy w przygotowaniach. W kościele spędza wiele godzin, jest blisko ołtarza, poznaje obrzędy, których nie spotyka podczas zwykłej niedzielnej Mszy świętej. Z początku można w tym widzieć przede wszystkim dyżur: trzeba przyjść, bo są święta i ktoś musi wykonać powierzone zadania. U niego z czasem pojawiło się coś więcej. – Był taki moment, kiedy mnie to mocniej chwyciło. Nie wiem, skąd to się wzięło, jak to się wydarzyło i który to był moment, ale to było na pewno Triduum Paschalne – wspomina.

Od tamtej pory uczestniczył w nim wielokrotnie. Zna przebieg celebracji, wie, czego się spodziewać. A jednak ta przewidywalność nie osłabia przeżycia. – Ona się praktycznie nie zmienia, jest bardzo przewidywalna. Mimo wszystko niezmiennie mocno mnie porusza – mówi o liturgii tych dni.

Czeka na nią przez cały rok. Ważne jest dla niego również to, co ją poprzedza: Wielki Post przeżyty z refleksją, postanowieniem, być może rekolekcjami. Wtedy wejście w Wielki Czwartek, a później w ciszę Wielkiego Piątku i Wielkiej Soboty ma inną głębię. Radość Wigilii Paschalnej nie pojawia się w oderwaniu od wcześniejszej drogi.

Dlatego nie lubi sprowadzania Wielkanocy do śniadania i westchnienia: „Święta, święta i po świętach”. Przecież po Niedzieli Zmartwychwstania trwa jeszcze oktawa. Drażni go także pośpiech, z jakim wielkanocne życzenia zaczynają wyprzedzać przeżywanie męki i śmierci Jezusa.

W tej opowieści o Triduum dobrze widać, co pociąga go w liturgii. Nie tylko uroczysta forma, choć mówi o niej z wyraźnym entuzjazmem. Przede wszystkim możliwość wejścia w wydarzenia, których sens odkrywa się stopniowo. Te same znaki i obrzędy po latach nadal potrafią poruszyć człowieka. Ta fascynacja obejmuje również rzeczy pozornie drobne. Nawet po wielu latach służby zdarzają mu się odkrycia, które przypominają, jak bogata jest historia liturgii.

Tak było ze znalezionym na strychu katedry wskaźnikiem ceremoniarskim. Przedmiot wyglądał trochę jak różdżka. Dopiero poszukiwania w internecie pozwoliły ustalić, że służył do wskazywania celebransowi odpowiedniego miejsca w mszale, tak aby nie trzeba było robić tego palcem.

P. Bożemski zaczął przyglądać się także innym zachowanym egzemplarzom. Zobaczył, że niektóre miały formę dłoni z wyciągniętym palcem wskazującym. Przedmiot o prostym zastosowaniu okazywał się zarazem świadectwem dawnej staranności i pomysłowości.

O znalezisku opowiada podczas warsztatów i ministranckich zbiórek. Słuchacze zwykle są równie zdziwieni jak on na początku. Bywa też, że żartuje o możliwym zastosowaniu wskaźnika do upominania ministrantów. Zaraz jednak zastrzega, że to już należy traktować z przymrużeniem oka.

Dziesięć kroków przed innymi

Za spokojnym przebiegiem uroczystej liturgii stoi praca, której większość uczestników nie widzi. Próby, podział funkcji, przygotowanie sprzętów, uzgodnienia z celebransem. Dla ceremoniarza właśnie ten etap jest kluczowy.

Im więcej uda się wyjaśnić wcześniej, tym mniej trzeba będzie podpowiadać podczas samej celebracji. Nie oznacza to jednak, że później można przestać czuwać. Ktoś może zasłabnąć, pomylić zadanie albo nie znaleźć się na miejscu we właściwym momencie. – Śmieje się, że trzeba być zawsze dziesięć kroków do przodu – przyznaje Patryk.

mf_25-191.jpegfot. Dominikański Ośrodek Liturgiczny
P. Bożemski zaznacza, że można być bardzo blisko ołtarza, a jednocześnie mieć trudność ze skupieniem na Tajemnicy, której się służy. Podkreśla, że o to, by nie stracić sensu swojej służby trzeba dbać.

Tyle że to rodzi trudność: jak uczestniczyć w tym, co dzieje się teraz, skoro uwaga stale wybiega do tego, co nastąpi za chwilę? Jak słuchać Słowa Bożego, kiedy w głowie układa się następne przejścia i zadania? Patryk nie udaje, że nie zawsze potrafi to pogodzić. – Niejednokrotnie były takie Msze, na których nie potrafiłem się pomodlić, bo jednocześnie czuwałem nad taką ilością rzeczy – mówi. To doświadczenie pokazuje cenę odpowiedzialności. Można być bardzo blisko ołtarza, a jednocześnie mieć trudność ze skupieniem na Tajemnicy, której się służy.

Pomaga dobre przygotowanie, ale także podział obowiązków i zaufanie. W katedrze ceremoniarzy jest kilku – jestem ja, są klerycy, jest również ksiądz ceremoniarz. Nie wszystko musi więc spoczywać na jednej osobie. Można rozdzielić odpowiedzialność za poszczególne części celebracji.

Znaczenie ma również doświadczenie ministrantów. Kiedy wie, że znają swoje zadania i wykonają je samodzielnie, nie musi nieustannie śledzić każdego ich ruchu. Pojawia się przestrzeń, by zatrzymać się przy Słowie Bożym, przeistoczeniu czy Komunii świętej.

To wszystko nie daje jednak gwarancji, że nic niespodziewanego się nie wydarzy. Przekonuje jednak, że z czasem uczy się rozpoznawać chwile, w których może spokojnie skupić się na modlitwie. Nie próbuje przy tym przedstawiać liturgii jako bezbłędnie działającego mechanizmu. Na pytanie, jak często zdarzają się sytuacje wymagające bieżącej reakcji, odpowiada bez wahania: na każdej celebracji. Zawsze coś może odbiec od przygotowanego planu. Ludzie współpracują ze sobą, mają różne doświadczenie i różnie reagują na stres. Sam kiedyś zakładał, że odpowiednia liczba prób pozwoli wszystkie te trudności wyeliminować.

Opiekun, a nie właściciel

Pierwszą dużą liturgię, za którą odpowiadał jako ceremoniarz, wspomina jako lekcję pokory. Był przekonany, że przygotuje ją wyjątkowo dobrze. Zrobi więcej prób, wszystko dokładniej zaplanuje, dopilnuje szczegółów. Miał poczucie, że teraz pokaże innym, jak należy to robić. – I problem był taki, że to nie wyszło – przyznaje.

Wiedza i gorliwość nie uchroniły go przed rozczarowaniem. Musiał nauczyć się także tego, jak reagować, kiedy ktoś zrobi coś za wcześnie albo przejdzie inaczej, niż ustalono. Nie chodzi o rezygnację ze staranności. P. Bożemski podkreśla, że trzeba dążyć do zgodności z przepisami i dobrze przygotowywać celebrację. Widzi jednak różnicę między troską o liturgię a frustracją, która zaczyna rządzić człowiekiem.

– Im bardziej się stresujesz, że ma być idealnie, perfekcyjnie, tym bardziej przestajesz się tym modlić i robisz to machinalnie. Idziesz do roboty, a nie do służby – zauważa. Wtedy można wykonać wszystkie czynności, a zgubić ich sens. Skupić się na równym kroku, ustawieniu i estetyce tak mocno, że spotkanie z Bogiem schodzi na dalszy plan. – Pierwsze to jest spotkanie z Bogiem. I bardzo łatwo jest to wykreślić ze swojego planu – mówi. Dlatego przypomina sobie i innym, że liturgia nie jest jego własnością. – Liturgia nie jest moja, jest Kościoła, jest Boga.

To zdanie wyznacza granice jego funkcji. Ceremoniarz nie otrzymuje władzy, by urządzić wszystko według własnego gustu. Dostaje zadanie opiekowania się czymś, co zostało mu powierzone. Patryk porównuje tę odpowiedzialność do opieki nad dzieckiem. Opiekun troszczy się o nie, karmi, przewija i oddaje rodzicom. Nie może uznać, że skoro na pewien czas znalazło się pod jego pieczą, wolno mu dowolnie je zmieniać.

Podobnie służba liturgiczna otrzymuje od Kościoła określony porządek celebracji. Ma przygotować ją najlepiej, jak potrafi, służąc całemu zgromadzeniu. Z tej perspektywy nawet bardzo dobra znajomość przepisów nie upoważnia do traktowania innych z góry. – Perfekcyjną liturgię będziemy mieli w niebie – mówi Patryk.

IMG_6084.jpegfot. archiwum prywatne
Ceremoniarz z TikToka tuż przed liturgią na Placu św. Piotra w Rzymie.

To przekonanie pomaga mu przyjmować ludzkie potknięcia bez wzajemnego karcenia i pretensji. Nie wszystko się uda, ale nie każda pomyłka musi prowadzić do napięcia. Czasami ważniejsza od kolejnej uwagi okazuje się cierpliwość.

Podobnej spójności oczekuje od siebie poza kościołem. Nie chce, żeby służba kończyła się wraz z zamknięciem drzwi zakrystii. – Jestem ministrantem cały czas – podkreśla. Włożenie stroju liturgicznego nie powinno oznaczać zakładania na chwilę innej twarzy. Trudno pogodzić niedzielne skupienie, starannie złożone ręce i głośny śpiew z poniedziałkową gotowością do kłótni w szkole czy pracy. Bliskość Eucharystii powinna znajdować odbicie w relacjach.

Patryk ostrożnie mówi o byciu wzorem, bo wie, że to duże zobowiązanie. Chętniej wskazuje na świadectwo: człowiek czerpie z obecności przy Bogu i ma coś z tego pokazać innym. Sam widzi, jak służba wpłynęła na całe jego życie. Uczy religii, pracuje w zakrystii, jest ceremoniarzem. Nie planował od początku takiej drogi, ale z wdzięcznością przyjmuje to, jak się ułożyła.

Próbował różnych zajęć i zainteresowań. Przyznaje z humorem, że bywa człowiekiem słomianego zapału. Ministrantura pozostała. – To jest coś, czym żyję, co bardzo czuję – tłumaczy. Dlatego nie ma problemu, by w dowolnym środowisku powiedzieć, że służy przy ołtarzu.

Zakrystia otwarta w telefonie

W internecie pokazuje właśnie to, czym żyje. Kościół oglądany od strony zakrystii: przygotowywanie przedmiotów, porządkowanie, czyszczenie, troskę o rzeczy, które później wierni zobaczą podczas liturgii.

Zwraca uwagę, że dla wielu osób zakrystia pozostaje miejscem mało znanym. Przychodzą tam zamówić intencję, przyprowadzają syna ministranta albo załatwiają konkretną sprawę. Czasem pukają z pewną obawą, nie wiedząc, czy mogą wejść. Dla służby liturgicznej to tymczasem codzienna przestrzeń spotkań i przygotowań. – To jest nasz drugi dom – mówi.

W swoich materiałach próbuje pokazać zarówno przedmioty, jak i wspólnotę ludzi, którzy się nimi zajmują. Chce przełamać obraz ministranta jako kogoś, kto tylko przynosi, podaje i dzwoni. Za prostymi czynnościami stoją przecież przygotowanie, wiedza i rozumienie tego, w czym uczestniczy.

Nie wszystko da się sprowadzić do stwierdzenia: skoro mały chłopiec potrafi podać ampułki, to nie ma tu niczego do poznania. Są różne rodzaje celebracji, różne zadania i okoliczności. Przed uroczystością odbywają się próby, trzeba przygotować asystę i uwzględnić wiele szczegółów. Jest też formacja, która nie kończy się na nauczeniu właściwych gestów.

Ceremoniarz chce przypominać, że ministranci tworzą żywą społeczność. Spotykają się, uczą, mają swój program formacyjny i podejmują odpowiedzialność za życie Kościoła. Jego zdaniem zainteresowanie filmami bierze się również z możliwości zobaczenia z bliska czegoś zwykle odległego. Wierny dostrzega kielich na ołtarzu, ale niekoniecznie wie, jak jest przygotowywany i jak należy o niego dbać. Krótkie nagranie pozwala przyjrzeć się szczegółom, o które trudno zapytać w trakcie Mszy.

W ten sposób można również wyjaśniać, że liturgiczne czynności mają określony porządek. Nie wykonuje się ich przypadkowo. Za przepisami stoją historia i symbolika, które dla człowieka patrzącego z ławki często pozostają nieczytelne.

Patryk nie uważa przy tym, że ten przekaz jest przeznaczony wyłącznie dla młodych. Jako przykład podaje własną babcię. Kiedy został ministrantem i zaczął z entuzjazmem opowiadać w domu o tym, czego się dowiedział, ona także zaczęła zwracać większą uwagę na poszczególne elementy celebracji. Pytała, doczytywała, odkrywała ich znaczenie. Dziś ogląda również jego filmy.

To ważne doświadczenie: można przez wiele lat uczestniczyć w liturgii i nadal znajdować w niej rzeczy, których wcześniej się nie dostrzegało. Potrzebny bywa ktoś, kto pokaże szczegół, nazwie przedmiot albo w prostych słowach wyjaśni gest.

Ceremoniarz z TikToka robi to, otwierając przed odbiorcami drzwi zakrystii. W rozmowie równie chętnie otwiera jednak temat własnych ograniczeń: stresu, przesadnych ambicji i chwil, w których skupienie na zadaniach utrudnia modlitwę. Właśnie dlatego jego opowieść o liturgii nie kończy się na sprzętach i przepisach. – Chyba na tym najbardziej zależy, żeby człowiek spotkał się z Panem Bogiem. A dopiero później, żeby ładnie chodził – mówi.