Wracam myślami do tego obrazu, bo mam wrażenie, że zbyt łatwo przechodzimy nad nim do porządku dziennego. Pielgrzymka się odbyła, uczestnicy dotarli, Msza święta została odprawiona. Opublikowaliśmy zdjęcia, podaliśmy liczbę pielgrzymów. Teraz kolejne wydarzenia, następne obowiązki. A przecież warto się przy tym październikowym dniu zatrzymać. Choćby po to, żeby zapytać, czy jeszcze potrafimy ucieszyć się własnym Kościołem.
Większość uczestników stanowiła młodzież. To zdanie zasługuje na chwilę uwagi. Tak często powtarzamy przecież, że młodych w Kościele nie ma, że odchodzą, że nie chcą słuchać, że już nic ich nie interesuje. Tymczasem na drodze do Trzebnicy byli. Szli, modlili się, rozmawiali, śpiewali. Poświęcili sobotę i podjęli wysiłek, którego można było sobie oszczędzić.
Nie znam powodów każdego z nich. Ktoś zapewne niósł ważną intencję, ktoś chciał podziękować, ktoś poszedł z przyjaciółmi, a ktoś dopiero sprawdzał, czy w tej wspólnocie znajdzie miejsce dla siebie. Nie musimy wszystkim wystawiać świadectwa dojrzałości wiary. Wystarczy zauważyć, że przyszli. Że odpowiedzieli na zaproszenie. Że droga do grobu świętej sprzed ośmiu wieków wciąż jest dla młodych ludzi propozycją wartą przyjęcia.
Wyruszyło również ponad stu kapłanów. Razem z parafianami, w tę samą drogę, z perspektywą tych samych kilometrów i tego samego zmęczenia. Jest w tym coś bardzo prostego i potrzebnego. Przez kilka godzin można porozmawiać o sprawach, na które zwykle brakuje czasu pod zakrystią. Zapytać o coś, pożartować, pobyć obok siebie. Zobaczyć w księdzu człowieka, który też musi poprawić plecak i też czeka na postój.
Takie wspólne wędrowanie ma swoją duszpasterską wagę. Zaufanie często rośnie właśnie wtedy, gdy jest czas na zwyczajną rozmowę. Gdy duszpasterz zna imiona ludzi idących obok, a oni wiedzą, że mogą do niego podejść. Dobrze było widzieć tylu księży, którzy ten czas swoim parafianom dali.
I jeszcze rodziny z małymi dziećmi. Mnóstwo rodzin. Każdy, kto choć raz przygotowywał małe dziecko do dłuższego wyjścia, wie, ile kryje się za tym wysiłku. Trzeba przewidzieć głód, chłód, zmęczenie i nagłą zmianę humoru. Spakować rzeczy niezbędne oraz te, które mogą się przydać. Potem po drodze odpowiadać na pytanie, jak daleko jeszcze, i rozsądnie oceniać siły najmłodszych.
A jednak rodzice podejmują ten trud. Dzieci poznają w ten sposób Kościół także od strony drogi, śpiewu, wspólnego postoju, czyjejś pomocy. Widzą dorosłych, dla których wiara jest na tyle ważna, że układają wokół niej całą sobotę. Być może po latach nie będą pamiętały słów wypowiedzianych przy ołtarzu. Zapamiętają za to, że szły z mamą i tatą. Że było ciężko i dobrze. Że do Trzebnicy szło się razem.
Osiem tysięcy osób to liczba, która robi wrażenie. Ale jej znaczenie odsłania się dopiero wtedy, gdy pomyślimy o konkretnych decyzjach.
Tysiące razy ktoś nastawił budzik, przygotował buty, znalazł transport, przeorganizował dzień. Ktoś kogoś zachęcił. Ktoś w parafii zebrał grupę. Ktoś podjął odpowiedzialność za przygotowanie i bezpieczny przebieg drogi. Tego obrazu nie dałoby się stworzyć samym ogłoszeniem z ambony. Musiały za nim stać relacje, praca i wiara wielu ludzi.
Czy potrafimy to docenić?
Pytam, bo w opowiadaniu o Kościele nabraliśmy dużej wprawy w dostrzeganiu tego, co słabnie. Znamy puste miejsca w ławkach, niepokojące statystyki i listę własnych rozczarowań. Są ku temu powody. Krzywdy wymagają rozliczenia, błędy naprawy, a trudne pytania uczciwych odpowiedzi. Troska o prawdę powinna jednak obejmować również dobro, które wydarza się na naszych oczach. Inaczej obraz, który tworzymy, pozostaje niepełny.
Pielgrzymka trzebnicka nie daje podstaw do ogłoszenia, że wszystkie problemy mamy za sobą. Daje za to mocny powód do wdzięczności. Kościół w archidiecezji wrocławskiej żyje. Ma młode twarze, dziecięce głosy, rodziców zatroskanych o przekazanie wiary i kapłanów gotowych wyruszyć ze swoimi parafianami. Ma ludzi, którym chce się podjąć trud, choć mogliby zostać w domu.
Co więcej, ta pielgrzymka, tak spektakularna przez swoją skalę, wyrasta z codzienności znacznie mniej widowiskowej. Z parafialnych spotkań, duszpasterstw, modlitwy, rozmów i zaproszeń. Przez jeden dzień dobrze widać na drodze to, co przez cały rok wzrasta w wielu miejscach archidiecezji. W małej grupie młodzieżowej, we wspólnocie rodzin, przy przygotowaniu liturgii, podczas odwiedzin chorego. Tam też toczy się życie, nawet jeżeli nikt go nie fotografuje.
Warto o nim mówić z radością. Podziękować młodym za obecność, księżom za wspólną drogę, rodzicom za wysiłek, organizatorom i służbom za wykonaną pracę. Zapytać uczestników o ich doświadczenia. Zrobić im miejsce także wtedy, gdy pielgrzymkowe buty wrócą już do szafy.
Do grobu św. Jadwigi dotarły tysiące ludzi. Zmęczonych, zapewne także z obtarciami, ale gotowych przejść te kilometry ze względu na wiarę. To naprawdę wiele mówi o naszym Kościele.
Obyśmy po powrocie, razem z plecakami, nie odłożyli w kąt radości z tego spotkania.
