Zdjęcie: Karol Białkowski

Czyja jest parafia?

„U nas w parafii nic się nie dzieje”. To zdanie ma niezwykłą właściwość: pozwala jednocześnie zadeklarować przynależność i wypisać się z odpowiedzialności. „U nas” brzmi przecież swojsko. Ale już „nic się nie dzieje” zwykle oznacza, że ktoś czegoś nie zorganizował. Najczęściej wiadomo kto. Proboszcz.

Powinien przyciągnąć młodzież, zainteresować rodziny, odwiedzać samotnych, zadbać o piękną liturgię, znaleźć pieniądze na remont i jeszcze dopilnować, żeby strona internetowa nie zapraszała w październiku na festyn, który odbył się przed wakacjami. Najlepiej, żeby miał pomysły, energię i czas. My mamy uwagi.

Oczywiście trochę przesadzam. W naszych parafiach jest mnóstwo ludzi, którzy od lat robią znacznie więcej, niż widać z kościelnej ławki. Przygotowują spotkania, prowadzą grupy, odwiedzają potrzebujących, liczą pieniądze, organizują wyjazdy. Niekiedy łatwiej zauważyć krzywo ustawiony mikrofon niż człowieka, który przyszedł godzinę wcześniej, żeby wszystko przygotować. Zastanawia mnie jednak, jak często mówiąc o parafii, ustawiamy siebie w roli jej recenzentów.

We wrocławskim Kościele pojawia się teraz dobra okazja, żeby przyjrzeć się temu przyzwyczajeniu. Program „Zaczyn”, związany z wprowadzaniem postanowień synodu archidiecezjalnego, ma wspierać tworzenie zespołów ludzi, którzy razem z proboszczem podejmą odpowiedzialność za odnowę parafii. Pierwsze spotkanie zaplanowano na listopad na Ostrowie Tumskim. Sam pomysł trafia w ważny punkt: życie wspólnoty potrzebuje ludzi gotowych wspólnie się modlić, rozmawiać i działać.

Nazwa jest przy tym zobowiązująca. Zaczynu nie dodaje się do mąki po to, żeby ładnie wyglądał na zdjęciu. Musi zacząć pracować.

Łatwo wyobrazić sobie, że także to przedsięwzięcie ocenimy z bezpiecznej odległości. Zobaczymy, co przygotują. Poczekamy, jakie będą efekty. Sprawdzimy, czy tym razem coś z tego wyjdzie. W ten sposób nawet zaproszenie do współodpowiedzialności można zamienić w kolejną ofertę do obejrzenia.

Tymczasem najtrudniejszy krok jest bardzo prosty. Zamiast poprzestać na stwierdzeniu, że w parafii brakuje spotkań dla młodych rodziców, trzeba zapytać siebie: czy jestem gotów pomóc w ich przygotowaniu? Jeżeli dostrzegam samotność starszych ludzi, czy znajdę godzinę, żeby kogoś odwiedzić? Jeżeli martwi mnie, że nowi mieszkańcy przychodzą na Mszę i wychodzą równie anonimowi, czy sam potrafię się komuś przedstawić?
Współodpowiedzialność zaczyna nabierać treści, gdy do własnej diagnozy dokładamy własny czas.

I tu pojawia się niewygodna sprawa. Pomysł można zgłosić w trzy minuty. Jego realizacja potrafi zająć kilka miesięcy. Po drodze ktoś nie przyjdzie, ktoś się obrazi, ktoś zapomni. Trzeba będzie posprzątać salę i odebrać telefon w nieodpowiedniej chwili. A czasem przyjąć, że inni mają lepszy pomysł albo że na nasz właśnie zabrakło możliwości. Odpowiedzialność obejmuje również ten etap, kiedy pierwsza przyjemność z zaangażowania już minęła.

Byłoby jednak zbyt wygodnie zakończyć felieton wezwaniem świeckich do większej aktywności. Po stronie duszpasterzy także jest zadanie. Jeżeli parafianin ma współodpowiadać, jego zdanie musi coś znaczyć. Powinien móc zadać pytanie, zgłosić wątpliwość, zaproponować rozwiązanie. Potrzebuje wiedzy o tym, jakie są możliwości wspólnoty i dlaczego zapadają określone decyzje.

Trudno poczuć odpowiedzialność za sprawy, o których dowiadujemy się dopiero wtedy, gdy wszystko zostało już ustalone. Trudno też rozwijać inicjatywę, jeśli każde działanie wymaga tylu zgód i poprawek, że najłatwiej w końcu powiedzieć: „Niech ksiądz zrobi to sam”.

Powierzenie komuś zadania wiąże się z ryzykiem. Zrobi inaczej, niż zrobilibyśmy sami. Być może popełni błąd. Być może odkryje sposób, na który nigdy byśmy nie wpadli. Bez takiego zaufania proboszcz może mieć wokół siebie wielu pomocników, a mimo to nadal ze wszystkim zostawać sam.

Jest jeszcze jedna pułapka: mierzenie przywiązania do parafii liczbą wieczorów spędzonych na spotkaniach. Rodzice małych dzieci, człowiek pracujący na zmiany czy kobieta opiekująca się chorym mężem mogą nie mieć sił na kolejne zobowiązanie. Ich życie również należy do życia wspólnoty. Dobrze, żeby parafia umiała zapytać ich także o to, czego potrzebują.

Czasem właśnie od takiego pytania zacznie się najważniejsze dzieło. Ktoś pomoże w zakupach. Ktoś przypilnuje dzieci. Ktoś zauważy, że człowieka siedzącego zwykle w trzeciej ławce od miesiąca nie ma w kościele. Także w tych drobnych gestach rozstrzyga się, czy jesteśmy wspólnotą.

Dlatego z wrocławskim „Zaczynem” wiążę nadzieję, ale samo uruchomienie programu niczego jeszcze za nas nie załatwi. Najważniejsze wydarzy się później, w konkretnych parafiach. Podczas rozmowy, w której proboszcz naprawdę wysłucha świeckiego. Przy zadaniu, za które ktoś weźmie odpowiedzialność i doprowadzi je do końca. W chwili, gdy do grona od lat zaangażowanych uda się zaprosić kogoś nowego.

„U nas w parafii nic się nie dzieje” — można powiedzieć po niedzielnej Mszy i pójść do domu. Można też zatrzymać się na chwilę i zapytać: „Od czego moglibyśmy zacząć?”.

W tym drugim zdaniu słowa „u nas” znaczą już znacznie więcej.