Maciej Rajfur: 24 października obchodzimy wspomnienie św. Antoniego Marii Clareta, założyciela Zgromadzenie Misjonarzy Synów Niepokalanego Serca Maryi. Czym właściwie różni się klaretyn od zakonnika innych zgromadzeń? Co to znaczy być klaretynem?
O. Piotr Bęza: To nie jest takie proste do zdefiniowania. Czasem żartujemy, że kiedy ktoś pyta, czym zajmują się klaretyni, odpowiadamy: wszystkim, tylko trochę gorzej niż inni! Jest w tym jednak pewna myśl. Nasz charyzmat jest bardzo szeroki i trudno zamknąć go w jednej kategorii. Gdy mówimy o franciszkanach, często myślimy o ubóstwie, dominikanów kojarzymy z głoszeniem słowa Bożego i intelektualnym wymiarem wiary. A jak scharakteryzować klaretynów?
Oczywiście podstawą jest charyzmat naszego założyciela, św. Antoniego Marii Clareta. Przede wszystkim jesteśmy powołani do głoszenia Ewangelii wszelkimi możliwymi sposobami, z uwzględnieniem tego, co w danym miejscu jest najbardziej potrzebne. Ta szerokość charyzmatu jest z jednej strony czymś pięknym, bo pozwala nam odpowiadać na różne wyzwania. Z drugiej strony sprawia, że trudniej jednoznacznie powiedzieć, czym zajmuje się nasze zgromadzenie. Nie wszędzie działamy tak samo.
To znaczy, że klaretyni w różnych częściach świata mogą realizować swój charyzmat w zupełnie odmienny sposób?
Tak. Wiele zależy od lokalnych potrzeb. W jednym miejscu najważniejsza będzie edukacja katolicka, gdzie indziej trzeba skoncentrować się na pomocy migrantom albo ludziom wykorzystywanym przez handlarzy.
Mieliśmy na przykład taką sytuację na Wybrzeżu Kości Słoniowej, gdzie biskup zaprosił nas do pracy w swojej diecezji. Kontynuujemy tam działalność edukacyjną i budujemy szkoły, ponieważ właśnie tego najbardziej potrzeba lokalnej społeczności. W innym miejscu nasze zaangażowanie może wyglądać zupełnie inaczej. Nie chodzi o to, żeby wszędzie realizować ten sam plan, ale by rozpoznawać, czego potrzebują ludzie, do których zostaliśmy posłani.
Czyli nie znajdziemy jednego charakterystycznego elementu dla zgromadzenia?
Myślę, że szczególnie charakteryzuje nas właśnie dyspozycyjność. Musimy być gotowi zrezygnować z własnych wyobrażeń o tym, co chcielibyśmy robić, i podjąć to zadanie, które w konkretnych okolicznościach jest najpotrzebniejsze. Oczywiście nie tylko klaretyni są do tego wezwani, ale w naszym zgromadzeniu ta gotowość ma szczególne znaczenie.
Charyzmat zakonu zmienia się wraz z czasem? Klaretyn sprzed 50 lat i współczesny klaretyn żyją przecież w zupełnie innych realiach.
Oczywiście. Zmieniają się czasy i okoliczności, a wraz z nimi sposoby realizowania charyzmatu.
Gdybyśmy zebrali dziesięciu klaretynów z różnych kontynentów, zapewne odnaleźlibyśmy wspólny fundament duchowości. Jednocześnie sposób przeżywania powołania i realizowania misji mógłby się bardzo różnić. Nie da się powiedzieć, że jesteśmy zgromadzeniem zajmującym się wyłącznie jedną dziedziną.
W archidiecezji wrocławskiej klaretyni są dobrze znani. Macie tu parafię, ośrodki formacyjne i formację od 1974 roku. To ważne miejsce na mapie zgromadzenia.
To dla nas bardzo ważne miejsce. Wielu z nas właśnie tutaj rozpoczynało swoją drogę zakonną. Wrocław jest takim punktem odniesienia na mapie naszej prowincji. Niezależnie od tego, czy ktoś wraca z Tajwanu, z Wybrzeża Kości Słoniowej, czy z Warszawy, przyjazd do Wrocławia ma w sobie coś szczególnego. To miejsce, z którym wielu klaretynów jest mocno związanych.
Ważny jest dla nas również szerszy kontekst Dolnego Śląska. Wrocław pozostaje jednym z tych miejsc, które budują naszą wspólną tożsamość i z którymi wiążą się osobiste historie wielu współbraci.
Jak obecnie wygląda formacja klaretynów w Polsce?
W ostatnim czasie zmieniło się niewiele. Postulat, który wcześniej odbywał się w Kudowie-Zdroju, został przeniesiony do Wrocławia. Ponieważ mieliśmy jednego kandydata, dołączył on do naszej wspólnoty formacyjnej tutaj, przy domu zakonnym.
Zwracamy też uwagę na nazewnictwo. Wolimy mówić o domu formacyjnym niż po prostu o seminarium. Osoby przygotowujące się do życia zakonnego są na różnych etapach tej drogi: mamy postulantów, nowicjuszy i zakonników w formacji. Obecnie liczba kandydatów jest niewielka. To rzeczywistość, z którą musimy się mierzyć i którą trzeba brać pod uwagę, myśląc o przyszłości zgromadzenia.
Pełna nazwa waszego zgromadzenia to Zgromadzenie Misjonarzy Synów Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny. Czy określenie „misjonarze” oznacza, że każdy klaretyn powinien wyjechać do kraju misyjnego?
Nie. Nie każdy musi wyjechać za granicę. Coraz mocniej uświadamiamy sobie jednak, że misja nie ogranicza się do przekraczania granic państw.
Czasami myślimy o misjonarzach jako o tych, którzy wyjeżdżają na drugi koniec świata: na Wybrzeże Kości Słoniowej, do Azji czy w inne odległe miejsca. Tymczasem również w Polsce jesteśmy misjonarzami. Nasze otoczenie może potrzebować ewangelizacji równie mocno, choć wyzwania bywają inne.
Nasz przełożony generalny często przypomina, że nie jesteśmy po prostu zakonnikami, którzy wykonują określone obowiązki. Jesteśmy misjonarzami. To ważne rozróżnienie, bo można wyjechać na misje i nie przeżywać swojego powołania w duchu misyjnym. Można też pozostać w Polsce i naprawdę szukać ludzi zagubionych, próbując docierać do nich na różne sposoby.
Być może żyjemy dziś w takim czasie, w którym niektórzy uważają, że ewangelizacja nie jest już potrzebna albo że nie ma miejsca na działalność misjonarzy. Tymczasem potrzeba głoszenia Ewangelii nigdy nie znika. Pytanie brzmi raczej, na ile potrafimy ją dostrzec. Mam wrażenie, że obecnie coraz wyraźniej widzimy, jak bardzo jest to potrzebne.
A jednak klaretyni składają śluby, które wiążą się z gotowością do wyjazdu w dowolne miejsce świata. Jak to wygląda w praktyce?
Przed złożeniem ślubów wieczystych piszemy do przełożonego generalnego list, w którym wyrażamy gotowość i dyspozycyjność do podjęcia posługi w różnych częściach świata.
Nasza prowincja jest częścią większej, międzynarodowej struktury. Śluby składamy nie tylko w odniesieniu do polskiej prowincji, ale w ramach całego zgromadzenia. Dlatego trzeba pamiętać, że w każdej chwili możemy zostać posłani do innego kraju, jeśli pojawi się taka potrzeba i decyzja przełożonych.
Oczywiście nie oznacza to, że każdy musi wyjechać. Chodzi przede wszystkim o wewnętrzną gotowość. O to, żeby umieć powiedzieć: jeśli zgromadzenie będzie mnie potrzebowało gdzie indziej, jestem gotowy podjąć to zadanie.
Jak patrzycie na spadek liczby powołań w Polsce? Jako zgromadzenie obecne na wielu kontynentach macie szerszą perspektywę. Czy doświadczenie innych krajów pomaga inaczej spojrzeć na tę sytuację?
Jestem w zgromadzeniu od 2002 roku. W tym czasie nasza liczebność na świecie pozostaje na zbliżonym poziomie, oscylując wokół trzech tysięcy zakonników, choć oczywiście zdarzają się niewielkie wzrosty i spadki.
Jednocześnie bardzo wyraźnie widać, że środek ciężkości naszego zgromadzenia przesuwa się z Europy w stronę Afryki i Azji. W Europie wspólnoty się starzeją, natomiast w innych częściach świata sytuacja wygląda inaczej.
Jako zgromadzenie międzynarodowe staramy się na tę rzeczywistość odpowiadać. Już od wielu lat rozwijamy wspólnoty międzykulturowe, w których razem pracują zakonnicy pochodzący z różnych krajów. Dawniej konkretne prowincje były mocniej związane z określonymi terytoriami misyjnymi. Dzisiaj coraz częściej szukamy rozwiązań, które pozwalają lepiej wykorzystać potencjał całego zgromadzenia.
Ale czy szukacie też recepty na kryzys powołań w Polsce?
Oczywiście dostrzegamy spadek liczby powołań w Polsce. Mamy mniej młodych ludzi w formacji i wiemy, że w przyszłości będzie to miało poważne konsekwencje. Na razie nie odczuwamy ich jeszcze w pełni, między innymi dlatego, że wielu naszych współbraci jest w wieku, w którym może aktywnie pracować, a niektóre wspólnoty misyjne mają już mocne lokalne zaplecze.
Nie jesteśmy jednak naiwni. Patrzymy na te tendencje i zdajemy sobie sprawę, że za kilkadziesiąt lat ich skutki mogą być znacznie bardziej odczuwalne.
Co powiedziałby Ojciec młodemu człowiekowi, który zastanawia się nad wstąpieniem do klaretynów? Co powinno go pociągać w tym zgromadzeniu?
Ostatnio rozmawiałem o tym z kilkoma osobami i doszedłem do wniosku, że najważniejszy jest konkretny przykład.
Możemy pięknie opowiadać o charyzmacie, duchowości i misji. To wszystko ma znaczenie, ale dla mnie osobiście najbardziej pociągające były konkretne osoby. Kiedy myślę o swoim powołaniu, mam przed oczami twarze i nazwiska współbraci, których poznałem. Widziałem, jak żyją, czym się zajmują i jak realizują swoje powołanie. To właśnie ich świadectwo miało na mnie największy wpływ.
Nie wybierałem zgromadzenia, przeglądając katalog zakonów, porównując ich działalność czy zastanawiając się, kto nosi jaki habit. Decydujące było spotkanie z żywymi ludźmi, którzy pokazali mi, czym może być życie zakonne.
Dlatego uważam, że nic nie zastąpi osobistego świadectwa. Możemy mówić o swoim powołaniu na wiele sposobów, ale najbardziej przekonujący jest człowiek, który autentycznie nim żyje. I mam wrażenie, że właśnie to może dziś najbardziej pociągać młodych.