Zdjęcie: Karol Białkowski

Błogosławieni, którzy stoją w korkach

Czy można zachować się po chrześcijańsku, stojąc w gigantycznym korku? Można. Choć przyznam, że remonty paraliżujące północ Wrocławia wystawiają na próbę nawet tych, którzy na co dzień uchodzą za ludzi wyjątkowo cierpliwych.

Kto w ostatnich dniach próbował wjechać do Wrocławia aleją Sobieskiego, ten wie, że czas jest pojęciem względnym. Piętnaście minut może trwać godzinę, a odległość kilkuset metrów nabiera rozmiarów pielgrzymki. Tyle że pielgrzymowanie zwykle kojarzy się z dobrowolnym wyrzeczeniem. Tutaj dobrowolności jest niewiele.

Stojąc więc w sznurze samochodów, człowiek ma sporo czasu na refleksję. Na przykład nad tym, czy błogosławieństwo dla prześladowców obejmuje również autorów harmonogramów drogowych. Albo czy wezwanie do miłości nieprzyjaciół dotyczy także tych, którzy odpowiadają za organizację ruchu. Odpowiedź brzmi: oczywiście, że tak. Choć przyznaję, że łatwiej ją wypowiedzieć, niż zastosować, kiedy nawigacja po raz trzeci przesuwa godzinę dotarcia do celu.

Można oczywiście wykorzystać ten czas na modlitwę. Różaniec wydaje się rozwiązaniem idealnym. Przy odpowiednio długim zatorze da się odmówić wszystkie cztery części, a potem jeszcze koronkę do Bożego Miłosierdzia. Szczególnie polecam tę ostatnią. Miłosierdzia potrzeba bowiem wszystkim: kierowcom, pasażerom, drogowcom, a być może najbardziej tym, którzy planowali kolejność remontów.

Można też ćwiczyć się w cnocie cierpliwości. Tyle że chrześcijańska cierpliwość nie oznacza bezmyślnej zgody na wszystko. Pan Jezus uczył nadstawiania drugiego policzka, ale nie powiedział, że należy z uśmiechem przyjmować każdą decyzję administracyjną. Miłość bliźniego nie wyklucza przecież zadawania mu trudnych pytań. Zwłaszcza gdy bliźni dysponuje budżetem, urzędowym stanowiskiem i możliwością takiego zaplanowania robót, by mieszkańcy nie musieli codziennie zdawać egzaminu z heroiczności cnót.

Jest jeszcze jeden chrześcijański sposób reagowania na korki. Zamiast siarczystego przekleństwa można wypowiedzieć krótkie: „Panie, zmiłuj się nad nami”. A po chwili dodać: „I obdarz naszych decydentów darem mądrości, przewidywania i koordynacji”. Nie zaszkodzi również prośba o dar rady. Najlepiej skutecznej, udzielonej przed rozpoczęciem kolejnego remontu.

Nie chcę oczywiście twierdzić, że dróg nie należy naprawiać. Przeciwnie. Wszyscy chcemy jeździć po równym asfalcie, bezpiecznie i sprawnie. Problem pojawia się wtedy, gdy droga do przyszłego komfortu zaczyna przypominać pokutę, której nikt nie zadawał, a którą tysiące ludzi muszą odprawiać każdego ranka.

Chrześcijanin nie powinien więc w korku tracić panowania nad sobą. Nie powinien trąbić na innych, wymuszać pierwszeństwa ani wyładowywać frustracji na kierowcy stojącym przed nim. Może natomiast oczekiwać od odpowiedzialnych za miejskie inwestycje czegoś więcej niż zapewnień, że kiedyś będzie lepiej.

Bo cierpliwość jest cnotą. Ale roztropność również. I dobrze byłoby, gdyby kierowcy nie musieli ćwiczyć tej pierwszej z powodu niedostatku drugiej.

A jeśli ktoś jutro znów utknie na Sobieskiego, proponuję krótką modlitwę: „Panie, daj mi cierpliwość. A tym, którzy decydują o remontach, daj wyobraźnię”.

Najlepiej jeszcze przed porannym szczytem.